Polscy policjanci na misji w Gruzji - Aktualności - Policja.pl

Aktualności

Strona znajduje się w archiwum.

KGP

Polscy policjanci na misji w Gruzji

Data publikacji 11.04.2009

11 polskich policjantów, w tym 9 pod egidą Unii Europejskiej i 2 w ramach ONZ służy w ogarniętej niepokojami Gruzji. Polacy są, obok Francuzów, najliczniejszym kontyngentem w strukturze biura terenowego obejmującego swym zasięgiem najbardziej skomplikowany politycznie i "najgorętszy" okręg wokół miasta Gori. O stopniu zaufania dowództwa misji dla profesjonalizmu funkcjonariuszy wchodzących w skład polskiego kontyngentu świadczy fakt, iż obsadzeni zostali na wielu kluczowych stanowiskach.

Polakami są zastępca dowódcy (Field Office Deputy Commander), dwaj oficerowie raportujący (Reporting Officers), logistyk oraz zastępca koordynatora patroli zajmujących się sytuacją humanitarną (Deputy Senior Team leader). W lutym 2009 w Biurze Terenowym Gori przeprowadzona została reorganizacja, w efekcie której obserwatorów EUMM (Misja Obserwacyjna Unii Europejskiej) podzielono na grupy zajmujące się każdym z trzech głównych obszarów: sytuacją militarną w byłej strefie buforowej i na granicy administracyjnej dzielącej Południową Osetię i Gruzję, sytuacją w służbach policyjnych oraz sytuacją humanitarną w obozach przesiedleńców i oddalonych od ośrodków miejskich wsiach wieloetnicznych.

Do czasu reorganizacji polski kontyngent, podobnie jak pozostałe, wykonywał różnorodne zadania, takie jak: obserwowanie ruchów konwojów wojskowych, patrole w rejonie byłej strefy buforowej, spotkania na granicznych punktach kontrolnych z gruzińskimi i osetyńskimi funkcjonariuszami. Od lutego wchodzi w skład grupy obserwatorów EUMM zajmujących się sytuacją humanitarną oraz pozostałymi tzw. soft issues. Wspólnie z polskimi policjantami i żołnierzami Żandarmerii Wojskowej służbę pełnią funkcjonariusze z Francji, Bułgarii, Danii, Luksemburga, Malty i Włoch.

Patrol w opancerzonym "Dziku"

Dzień służby zaczyna się o godzinie 8.30. Ciężko jest zapomnieć, że w Polce to dopiero 5.30. Zbieramy się na odprawie, holl biura terenowego jest mały, panuje hałas. Rozmowy cichną, gdy pojawia się oficer raportujący, który jest osobą nr 3 w hierarchii Field Office. Zapoznaje zespół leaderów z wydarzeniami ostatniej doby, sytuacją w rejonie i zadaniami do wykonania podczas patrolu. Mieliśmy udać się do jednej z przygranicznych wiosek, aby porozmawiać z mieszkańcami oraz dyrekcją szkoły, a tymczasem dowiadujemy się, że dziś w godzinach porannych będziemy wykonywać inne zadania, jako eskorta przybyłej z Brukseli delegacji urzędników Unii Europejskiej. Elastyczność i umiejętność szybkiego odnalezienia się w nowej sytuacji to bardzo ważna cecha na misji, stąd też szybko przestawiamy się z dotychczasowego humanitarnego profilu naszych patroli. Żartujemy sobie, że na każdą nieoczekiwaną zmianę jest jedna odpowiedź: "to jest misja". Krótka rozmowa z kolegami z patrolu, przekazanie im wiadomości z odprawy, założenie kamizelek kuloodpornych, gdyż zadania wykonywać będziemy w bezpośredniej bliskości administracyjnej linii rozgraniczenia i wyruszamy. Patrole przy granicy zawsze są realizowane ze względów bezpieczeństwa w ramach zespołu składającego się z dwóch pojazdów. Dziś dowodzimy my, więc polski samochód opancerzony "Dzik" porusza się z przodu. Członkowie delegacji siedzą w naszym samochodzie i w jadącym za nami pojeździe francuskim. W drodze mijamy gruzińskie wsie, z których część nadal jest odbudowywana po wojennych zniszczeniach. Dojeżdżamy do posterunku granicznego Ergneti. Mamy tę przewagę, że każdy z polskich obserwatorów rozmawia i rozumie po rosyjsku, Francuzi korzystają z usług tłumacza.

Wizytujemy zbudowany z worków z piaskiem punkt kontrolny, wypytujemy gruzińskich policjantów o sytuację, przyglądamy się, czy nie są naruszane zapisy porozumienia pokojowego i czy policjanci nie posiadają zabronionego, typowo militarnego uzbrojenia. Członkowie delegacji z Brukseli rozglądają się ciekawie dookoła. Widać, że nie są przyzwyczajeni do noszenia kamizelek kuloodpornych i widoku zasieków oraz broni. Pytają o znajdujący się 100 metrów dalej posterunek osetyński, gdzie za betonowymi T-wallami i umocnieniami otoczonymi drutem kolczastym widać żołnierzy z kałasznikowami i stojące za nimi wozy opancerzone. Druga strona konfliktu nadal nie jest zainteresowana wpuszczeniem obserwatorów EUMM na swoje terytorium.

Po około półgodzinnej podróży i pokonaniu kilkunastu kilometrów błotnistej i dziurawej drogi znajdujemy się na innym posterunku w Zemo Nikozi. Wchodzimy na szczyt wzniesienia. Dziwne wrażenie robi cmentarz, na którym zbudowano z worków wypełnionych piaskiem umocnienia i punkty obserwacyjne. Na płotkach wokół grobów wisi kilka hełmów i mundurów, gdzieniegdzie widać oparty o pomnik karabin M-4. Ktoś pozawieszał na metalowych prętach puste zasobniki po amunicji i łuski kaliber 20 mm z działka przeciwlotniczego. Część gruzińskich komandosów, którzy tam stacjonują, poprawia zasieki. Jest dość ciepło, mimo to nadal pozostają w kamizelkach kuloodpornych. Ostatnio doszło do kilku incydentów z udziałem snajperów. Pozostali obserwują pozycje osetyńskie i odległe o może 2 km bloki osetyńskiej stolicy Tskhinvali. Rozmawiamy z dowódcą posterunku o sytuacji. Narzeka na latające nad granicą helikoptery MI-24 oraz strzały oddawane z miasta w stronę ich umocnień. Jakby na dowód tego w oddali słyszymy kilka serii. To dość daleko i nawet nie wiadomo, z której strony, ale widać, że wywarło wrażenie na unijnych urzędnikach. Gdy schodzimy z góry, dowiadujemy się, że w nocy oddano w stronę gruzińskich umocnień kilka strzałów z RPG. Miejscowi prowadzą nas do pobliskiego sadu, gdzie widzimy wbity w trawę po lotki pocisk. Dzięki doświadczeniu naszych kolegów z Żandarmerii Wojskowej ustalamy, że rzeczywiście jest to pocisk z granatnika. Kąt, pod jakim tkwi w ziemi, wskazuje, iż mógł być wystrzelony z drugiej strony granicy. Ciągle pamiętamy, że musimy być obiektywni i zachowywać neutralność, stąd każde takie zdarzenie analizowane jest przez nas wnikliwie, by wykluczyć możliwość jakiejś manipulacji bądź prowokacji. Nie dostajemy odpowiedzi na pytanie, gdzie spadły pozostałe pociski, choć wcześniej mówiono o kilku strzałach. Widzimy dzieci i dorosłych beztrosko gromadzących się wokół niewybuchu, więc instruujemy Gruzinów, aby czymś go ogrodzili i telefonicznie zgłaszamy znalezisko do saperów z międzynarodowej organizacji „HALLO Trust”. Ludzie z delegacji mają umówione spotkanie w Gori, więc ich odwozimy do biura. Chyba oddychają z ulgą, gdy oddalamy się od granicy.

Ten dzień nie kończy się jednak dla nas. Rozdzielamy się teraz. Francusko-duński patrol jedzie do jednego z obozów uchodźców, my w polsko-luksemburskim składzie wyruszamy do jednej z wiosek, aby realizować nasze zadania. To większa osada, znajduje się tu siedziba sołtysa i szkoła podstawowa. Wokół naszego pojazdu szybko gromadzą się, ludzie w tym liczni przedstawiciele osetyńskiej mniejszości. Rozmawiamy z mieszkańcami o sytuacji. Narzekają na zupełne bezrobocie i brak środków do życia. Tak wygląda większość gruzińskich wiosek – częste przerwy w dostawach elektryczności i ogromne kłopoty z wodą pitną, gdyż rurociągi są zniszczone i wieśniacy muszą czerpać ją ze strumieni lub przynosić z innych miejscowości. Ludzie są zrezygnowani, ponieważ obecnie ich pola i sady położone są za linią graniczną i nie ma do nich dostępu. Znów potwierdza się to, co obserwowaliśmy w innych wioskach. Wszystkie nacje żyją tu w zgodzie, nie dochodzi do żadnych konfliktów o podłożu etnicznym, dyskryminacji itd. Mieszkańcy wsi zgodnie twierdzą, że konflikt z sierpnia 2008 był niepotrzebny i spowodowany politycznymi ambicjami, a - jak zwykle - ucierpieli na nim najbiedniejsi i najsłabsi. Są przyjaźnie nastawieni i choć sami nie mają zbyt wiele, zapraszają nas do domów. Częstują miejscowym alkoholem zwanym „czacza”. Dziękujemy grzecznie, by ich nie urazić i udajemy się do szkoły.

Miejscowa szkoła to mały i zdewastowany budynek. Smutne wrażenie robią zniszczone ogrodzenie, wiszące krzywo drzwi, okopcone ściany z odpadającym tynkiem, tektury zamiast niektórych szyb. We wnętrzu przez chwilę przyzwyczajamy się do unoszącego się wszędzie dymu z piecyków, którymi są ogrzewane klasy. Dyrektorka szkoły informuje nas, że uczy się tu trzydzieścioro dzieci. Pracuje tam wspólnie z jeszcze jedną nauczycielką. Niektórzy z uczniów, aby dotrzeć do szkoły, pokonują codziennie pieszo dystans około 7 km. Oprowadza nas po małych klasach. Dzieci patrzą na nas z ciekawością, ale i lękiem, jaki budzą w nich nieznane mundury. Pewnie pamiętają jeszcze koszmar wojny i ewakuacji. Witamy się z nimi kilkoma gruzińskimi słowami, pojawiają się nieśmiałe uśmiechy. W klasach na ścianach widzimy rysunki – samoloty, czołgi, płonące domy. Zauważamy skromność wyposażenia pomieszczeń, brak wody, tragiczne warunki w toalecie, ślady grzyba na ścianach i przeciekającym suficie. W pozbawionej podłogi sali gimnastycznej jedynym wyposażeniem jest zwisająca z sufitu postrzępiona lina, w rogu leży drzewo na opał. Żadna z organizacji międzynarodowych nie odwiedziła jeszcze tej szkoły.
Notujemy skrzętnie wszystkie spostrzeżenia i - zgłaszane przez sołtysa, mieszkańców wsi oraz nauczycieli - problemy. Znajdą się w każdorazowo sporządzanym po zakończeniu patrolu raporcie, który następnie trafi do Tbilisi. Na podstawie tych raportów podejmowane są przez władze gruzińskie, misyjne oraz organizacje międzynarodowe właściwe działania.
Jest godzina 17, patrol wraca do biura. Sporządzamy dokumentację. Później, pewnie około 18, wrócimy do swojej kwatery, ugotujemy sobie coś do jedzenia, spróbujemy skontaktować się z rodzinami, o ile znów nie spotka nas niemiłe, a jakże częste rozczarowanie - awaria internetu. Jutro kolejny dzień, kolejne wsie i obozy uchodźców do odwiedzenia. Tak mijają nasze dni na misji EUMM w Gruzji…

nadkom. Andrzej Głódź

Przygoda w krainie ziemi Kartlów

"Czy gdzieś tam nie rodzi się pokusa, żeby ten świat poznać? Pokusa i postanowienie?"
R.Kapuściński, Podróże z Herodotem

Oczywiście, bezpiecznie jest siedzieć w wygodnym fotelu i poznawać świat, przełączając kanały telewizyjne, lub palcem po mapie przemierzać kontynenty, zdobywać góry, przepływać morza.
I choć ciągle brzmią w uszach słowa najbliższych, że to zbyt niebezpieczne, że nie warto ryzykować życiem… - to czy ktokolwiek żałuje?

Kiedy ucichł ogłuszający warkot silników wojskowego samolotu transportowego, przez leniwie otwieraną tylną klapę dostrzegliśmy pierwsze twarze tubylców. Ciemnowłosi, z wyraźnym zarostem, uśmiechnięci mężczyźni powiedzieli po raz pierwszy : GAMARDZIOBAT! I tak właśnie, zaczęła się nasza praca-przygoda w krainie SAKARTVELO, czyli ZIEMI KARTLÓW (Gruzinów)!
Dla wielu z nas Gruzja kojarzyła się z wierzchołkami wysokich, ośnieżonych gór leżących na granicy Europy i Azji, bezkresnymi złotymi łąkami, na których butni, gruzińscy górale wypasają stada owiec i krów, nadmorskimi kurortami, gdzie,jak w szkolnych czytankach o pionierach - dojrzewają apielsiny. Płynące z massmediów informacje o sierpniowej wojnie, choć tragiczne i budzące niepokój, dotyczyły krain dla nas abstrakcyjnych, oddalonych o tysiące kilometrów od spokojnej części "naszego" świata.

Teraz, po przemierzeniu kilku kroków po pasie startowym lotniska, każdy z nas wiedział, że ten odległy dotąd świat nagle się dla nas zmaterializował i będzie naszą codziennością przez dwanaście długich miesięcy.
Na szczęście fizyczna odległość nie zawsze oznacza szokującą odmienność kulturową czy istnienie innych niż nasze, ludzkich potrzeb i pragnień. Wiara w lepszą przyszłość, radość życia, choć nieraz bywa okrutne, gościnność, zamiłowanie do zabawy i biesiadowania, duma narodowa to cechy charakteru równie często spotykane nad Wisłą, jak i na Południowym Kaukazie. Owa bliskość kulturowa, sprawne posługiwanie się jednym z najpopularniejszym słowiańskich języków – rosyjskim, poczucie narodowego braterstwa w walce o wolność i niepodległość sprawiły, że niemal od początku naszego pobytu jesteśmy traktowani jak członkowie rodziny. Euforyczne powitanie, trwające jeszcze długo po naszym przyjeździe, zamieniło się w bezinteresowną pomoc w znalezieniu pierwszego noclegu, zrobieniu pierwszych zakupów, zdobyciu pierwszych informacji o wojennej tragedii, która wydarzyła się tak niedawno.

Pobudka, pośpiesznie zjedzone śniadanie, poranna odprawa. Nowe zadania: podpatrzyć - ustalić – porozmawiać - zweryfikować. Kilkunastokilogramowe kamizelki kuloodporne krępują ruchy, ale są niezbędne. W międzynarodowych zespołach wyruszamy w teren. Witamy nowy dzień, a wraz nim twarze mijanych przechodniów, grupki biegających, umorusanych dzieci. Odwiedzamy domy, szkoły, urzędy. Wizytujemy komisariaty, posterunki policji. Coraz dalej, bezdrożami wzdłuż granic...

Piękno otaczającej nas przyrody tylko po części koi codzienne niewygody patrolowania ciężkim pancernym pojazdem newralgicznych terenów i granic. Przerażają obecne na jej tle świeże obrazy ruin i zgliszcza. „Domy” pozbawione okien i dachów, chaotycznie podziurawione pociskami - niczym sita- ściany. Wszechobecny bałagan. Całe połacie terenu wyglądające jak gigantyczne śmietnisko. Każdy napotkany mieszkaniec tej znękanej ziemi potwierdza nasze przygnębiające przypuszczenia – bezmyślny, bezlitosny żywioł. Nawałnica wywołana ręką człowieka. W imię czego?
Kilka stron raportu jak najwierniej oddającego wydarzenia całego dnia spędzonego w patrolu: zapis rozmów z różnymi stronami konfliktu... I nagle dostrzegasz, jak trudno opisać bezsensowność wojny, ludzkie cierpienie, niewyobrażalny ból, niedorzeczność zemsty odciskającej piętno na kolejnych pokoleniach. Ale starasz się, jak najlepiej dobierać słowa, jak najsolidniej wykonywać codzienne obowiązki. Bo jednym z twoich zadań jest udowodnienie, że istnieje życie bez wojny, bezpieczna przestrzeń - pozbawiona granic. Że można żyć w pokoju i wspólnie budować lepszy świat. A kiedy za kilka, może kilkanaście lat zobaczysz, że dzieci tych, którzy dzisiaj, leżąc w okopach, celują do siebie nawzajem, będą się przyjaźnić, zrozumiesz, że nie traciłeś czasu, że warto było zaryzykować...

nadkom. Rafał Węgiel

Kryptonim "November"

Zespół o kryptonimie „November 6” rozpoczyna kolejny dzień służby. W jego skład wchodzi dwóch polskich policjantów, nadkom. Rafał Węgiel z KWP w Krakowie i mł. asp. Marek Jankowski z KWP w Gorzowie Wlkp., a także kierowca z polskiej Żandarmerii Wojskowej i dwóch żołnierzy z Malty. Ich zadania to monitorowanie przestrzegania rozejmu pomiędzy stronami konfliktu i stanu bezpieczeństwa w strefie przygranicznej. Pogranicze gruzińsko-osetyńskie w rejonie miasta Gori, gdzie stacjonuje polski kontyngent, to wciąż jeden z najbardziej niespokojnych rejonów i potencjalny punkt zapalny, dlatego na porannej odprawie obserwatorom przekazywane są najświeższe informacje o zdarzeniach w strefie. Na dzisiaj zaplanowano wizyty w posterunkach policji oraz przygranicznych punktach obserwacyjnych i kontrolnych w miejscowościach Knolevi, Atosti i Abisi na północny zachód od Gori, a także próbę nawiązania kontaktu ze stroną osetyńską. Dowódcą patrolu jest nadkom. Rafał Węgiel.

Po odprawie trzy opancerzone pojazdy wyruszają z Gori w stronę oddalonej o ok. 40 km wioski Knolevi. Dzisiaj życie w 70-tysięcznym Gori toczy się już normalnie. Ludzie starają się zapomnieć o wojnie. Jedynie dziury po pociskach w ścianach niektórych budynków oraz lej po bombie na głównym placu miasta wciąż przypominają o dramacie sprzed siedmiu miesięcy. Jednak tuż za miastem rozległe osiedla przesiedleńców, zmuszonych do opuszczenia swoich domów w Osetii Południowej, ukazują ludzki wymiar i skalę konfliktu. Infrastruktura drogowa w Gruzji, wedle standardów do jakich przywykliśmy, obejmuje właściwie tylko główne kierunki ze wschodu na zachód i z północy na południe kraju. Aby dostać się do celu, patrol po kilkunastu kilometrach musi skręcić z głównej drogi. Dalej trzeba jechać lokalną trasą, która drogą jest już tylko z nazwy. Niezliczona ilość dziur i wybojów nie pozwala na szybką jazdę. Pozostałości asfaltu na niektórych odcinkach tak naprawdę stanowią już tylko utrudnienie. Dodatkowo kapryśna w marcu aura sprawia, że - wysiadając z samochodu - prawie zawsze brnie się po kostki w błocie. Po ok. 45 minutach patrol dociera do znajdującej się po drodze wioski Abisi. Tutaj znajduje się punkt obserwacyjny gruzińskiej policji. Obserwatorzy rozmawiają z załogą punktu, wypytują o bieżącą sytuację i zdarzenia z ostatniej doby. Stacjonujący tu policjanci opowiadają o dających się słyszeć w nocy z daleka strzałach. Język gruziński jest dla obcokrajowców bardzo trudny do nauczenia, dlatego - gdy nie ma możliwości skorzystania z pomocy tłumacza, w kontaktach z Gruzinami najbardziej przydatny jest język rosyjski. Polscy policjanci radzą sobie z tym bez problemów, ale dla służących w tym samym kontyngencie Francuzów, Maltańczyków, Duńczyków czy Włochów bariera językowa jest nie do przełamania, dlatego obecność „naszych” jest tu bardzo pożądana.

Pozyskanie informacji od gruzińskich policjantów to jednak nie jedyne zadania obserwatorów. Codzienne wizyty mają też na celu monitorowanie przestrzegania przez strony konfliktu postanowień porozumienia, przewidującego m.in. powstrzymanie się od koncentracji sił zbrojnych w strefie przygranicznej. Przez ostatnie pół roku obserwatorzy odwiedzali podobne posterunki wielokrotnie, dlatego doskonale wiedzą, gdzie i jakie siły się znajdują. Bez trudu dostrzegą, jeśli punkt został w ostatnim czasie umocniony. Również znajdujące się po drugiej stronie granicy posterunki osetyńskie, choć unijni obserwatorzy nie mają do nich bezpośredniego dostępu, są na bieżąco monitorowane. Wizyty w gruzińskich punktach obserwacyjnych to także doskonała okazja, żeby właśnie z tych pozycji skontrolować, co dzieje się po drugiej stronie. Dzisiaj wszystko jest bez zmian, więc po rozmowie patrol rusza dalej. Obserwatorzy robią zdjęcia, które jeszcze dziś wraz z raportem trafią do bazy danych, tak by przed kolejną służbą inny patrol mógł się z nimi zapoznać.

Następna na trasie miejscowość to Knolevi. W oczy rzuca się tutaj natychmiast charakterystyczny dla każdej wioski widok, grupa ludzi stojących praktycznie bezczynnie w jej centrum. Patrol zatrzymuje się, aby z nimi porozmawiać. Lokalna społeczność to dla obserwatorów także doskonałe źródło informacji, tym bardziej cenne, iż ludzie ci postrzegają sytuację z punktu widzenia swoich własnych i lokalnych potrzeb. Pojawienie się unijnych pojazdów jak zwykle budzi poruszenie. Ludzie chętne rozmawiają, opowiadają o swoich problemach. Nie interesuje ich jednak polityka. Żywym tego potwierdzeniem jest starszy mężczyzna, z którym rozmawiają obserwatorzy. Opowiada o tym, że przez całe swoje życie mieszkał w pobliskiej wiosce na terenie Osetii Południowej. Dziś w tej wiosce zostało ich tylko trzech, odciętych od jakiegokolwiek zaopatrzenia. Mimo to starszy mężczyzna nie zamierza opuścić swojego domu. Choć granica jest zamknięta, zarówno osetyńscy, jak i gruzińscy pogranicznicy doskonale go znają i pozwalają mu ją przekraczać. Mężczyzna co 2-3 dni przychodzi tutaj, by zrobić niezbędne zakupy. Inni jednak nie mają takiej możliwości lub najzwyczajniej się boją. Martwią się, bo często ich pola lub sady znajdują zaledwie kilka kilometrów stąd, po drugiej stronie granicy i nie mają do nich dostępu. Z trwogą myślą o wiośnie, wiedzą, że nie będą mogli zebrać plonów i nie będą mieli z czego się utrzymać.

Po rozmowie z mieszkańcami wioski patrol rusza do gruzińskiego posterunku i punktu kontrolnego na granicy. Tak jak poprzednio wypytują policjantów o zdarzenia ostatniej doby, o sytuację w rejonie. Rozmawiają też o codziennych sprawach, bo utrzymywanie dobrych relacji jest bardzo ważne i zapewni lepszą współpracę w przyszłości. Mając potwierdzenie, iż sytuacja nie uległa w ostatnim czasie większym zmianom, postanawiają podejść do posterunku osetyńskiego. Tu oczywiście trzeba zachować szczególne środki ostrożności. Wszyscy ubrani są w kamizelki kuloodporne oraz niebieskie kamizelki i berety z insygniami Unii Europejskiej jednoznacznie wskazujące na pokojowy charakter misji. Dwa pojazdy przekraczają gruziński punkt kontrolny i zatrzymują się ok. 200 metrów przed posterunkiem osetyńskim. Trzeci pojazd pozostaje na swojej pozycji, utrzymując łączność. Obserwatorzy piechotą ruszają w stronę zasieków, które stanowią de facto linię graniczną. Tutaj zatrzymują się, czekając na reakcję osetyńskich pograniczników, która zawsze do końca pozostaje tajemnicą. Bywa, że nie reagują w ogóle i wtedy trzeba się po prostu wycofać. Dziś jednak mają więcej szczęścia. Na posterunku widać najpierw nieznaczne poruszenie, a potem w ich stronę wychodzi dwóch uzbrojonych mężczyzn. Mają na sobie coś, co przy pewnej dozie tolerancji można by nazwać mundurami, jednak każdy ich element jest bez wątpienia innego pochodzenia. Brak jakichkolwiek insygniów uniemożliwia rozpoznanie rangi ani formacji, do jakiej należą. Mężczyźni wyraźnie nie przejawiają ochoty do rozmowy. Na pytania obserwatorów dotyczące bieżącej sytuacji odpowiadają niechętnie i zdawkowo, praktycznie wszystko kwitując stwierdzeniem, iż nie mają nic do powiedzenia. Dziś obserwatorzy niczego więcej się nie dowiedzą, ale za kilka dni przyjadą tutaj znowu. Być może inna załoga posterunku będzie bardziej skłonna do rozmowy. Po wyjeździe z Knolevi patrol udaje się do miejscowości Atotsi. Kilka dni temu nieznani sprawcy ostrzelali tutaj z broni maszynowej dom. Obserwatorzy chcą się dowiedzieć, czy tutejsza policja ma jakieś nowe informacje o tym zdarzeniu lub jego sprawcach. Na posterunku rozmawiają z komendantem. Niestety, w sprawie nie wiadomo nic nowego.

Poczucie wciąż niewygasłego konfliktu sprawia, że gruzińscy policjanci nadal bardziej skupiają się na zapobieganiu takim zdarzeniom, niż ich późniejszym wyjaśnianiu. Rozmowa schodzi więc na bieżące tematy, stan bezpieczeństwa w rejonie, zdarzenia z ostatniej doby, liczbę policjantów na posterunku i ich uzbrojenie. Dowódca patrolu notuje wszystkie informacje. Jak co dzień znajdą się one w raporcie z zakończonej służby. Po pożegnaniu obserwatorzy wyruszają w drogę powrotną. Po kilkudziesięciominutowym "safari" docierają do Gori. Dla nich zakończył się kolejny dzień służby na misji. Od jutra czekają ich nowe zadania w tym wciąż niespokojnym rejonie…

mł. asp. Marek Jankowski

O misji
Od 26 września 2008 r. 9 polskich policjantów i 16 funkcjonariuszy żandarmerii wojskowej wykonuje zadania w Gruzji pod egidą UE. Misja ma charakter całkowicie cywilny, co oznacza, że obserwatorzy nie są uzbrojeni. Ich jedyną bronią jest przejrzystość w działaniu, wiarygodność i bezstronność. W terenie poruszają się jednak w opancerzonych samochodach typu "DZIK 2".

Oprócz misji pod egidą UN dwóch polskich policjantów służy w misji zorganizowanej przez ONZ. Polski Kontyngent Policyjny w Gruzji składa się z dwóch ekspertów przydzielonych do zespołu doradców policyjnych w m. Zugdidi (po gruzińskiej stronie tzw. linii wstrzymania ognia) oraz w m. Gali (po stronie abhaskiej). Jeden z nich jest doradcą kierownictwa lokalnej policji oraz oficerem kontaktowym z komendą regionalną oraz miejską policji, tzw. co-locator. Odpowiada także za utrzymywanie kontaktów z innymi organami ścigania, w tym departamentem zwalczającym przestępczość zorganizowaną oraz jednostkami specjalnymi gruzińskiego MSW. Drugi polski oficer odpowiada za rozwijanie kontaktów z jednostkami milicji oraz innymi organami ścigania po abhaskiej stronie oraz monitorowanie ich działalności, w tym prowadzonych spraw.
Podobnie jak pozostali koledzy, polscy doradcy policyjni zaangażowani są w szkolenie lokalnej policji, milicji oraz pozostałych organów ścigania. Utrzymują także kontakty z organizacjami pozarządowymi funkcjonującymi w rejonie misji UNOMIG.

Zebrała i opracowała: Agnieszka Hamelusz
Zdjęcia: Andrzej Głódź,  Artur Krasoń, Rafał Węgiel, Marek Jankowski

Powrót na górę strony